Opublikowano w kategorii: ks. Jan Twardowski
  • Odsłony: 34867

Biogram

Ks. Jan Jakub Twardowski urodził się 1 czerwca 1915 roku w Warszawie. Był poetą, teologiem, myślicielem, kapłanem, autorytetem moralnym i przewodnikiem duchowym dla bardzo wielu. Stał się jednym z najwybitniejszych polskich poetów, przedstawicieli współczesnej liryki, nie tylko religijnej. Miejscem jego pracy duszpasterskiej był kościół sióstr Wizytek w Warszawie. Przez długie lata ze względu na własną skromność, pozostawał poetą bez biografii. Do czytelników docierały wyłącznie wiersze – osobiste, pełne zachwytu nad światem, uczące autentyzmu i sensu tego co proste, zwyczajne, a jednak nadzwyczajne. Był, jak sam mawiał łaską zdumiony. Znawców literatury pięknej do dzisiaj zadziwia fenomen jego popularności. Nakłady wierszy Ks. Twardowskiego osiągały zdumiewające rozmiary. Tłumaczony był dotychczas na 19 języków obcych. Uhonorowany wieloma odznaczeniami i nagrodami, przeszedł do historii polskiej kultury jako Noblista bez Nobla. Zmarł 18 stycznia 2006 r. w Warszawie do końca pisząc wiersze. Jego grób znajduje się w Panteonie Wielkich Polaków w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Do dzisiaj prawie 260 szkół w Polsce przyjęło jego imię jako patrona szkoły.

Zamiast biografii

Fragmenty książki Magdaleny Grzebałkowskiej, Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego, wydanej przez Znak w 2011 roku.

Brat Marian był przy księdzu w nocy z 17 na 18 stycznia. Twierdzi, że poł godziny po północy ksiądz Jan zaczął się modlić. Wymieniał imiona i nazwiska ludzi, których w życiu poznał. Każdego z osobna. W końcu powtarzał już tylko: „Jezu, ufam Tobie". Bez przerwy, setki razy. Mówił też: „Wiem, że umieram". Brat Marian: „Punktualnie o czwartej nad ranem udało mi się zawiadomić lekarza, że ksiądz umiera. Przez te kilka godzin nie byłem w stanie sięgnąć do dzwonka, żeby powiadomić lekarza, ponieważ ksiądz Jan tak mocno mnie objął. Wziął mnie w ramiona, tak się bał, żebym go nie zostawił". Akcja ratunkowa trwała poł godziny. Ksiądz się ocknął. „Zadzwoń do Oleńki" – poprosił brata. Brat Marian wspomina: „Wyszedłem na korytarz i skorzystałem z telefonu, który tam był. Zadzwoniłem też od razu do Lasek, do sióstr, z prośbą o modlitwę".
Wrócił do pokoju. Była czwarta trzydzieści. Ksiądz poprosił o łyk
wody i powiedział: „Weź teraz zeszyt, zapisuj wszystko, co będę mówił. Będziesz jedynym depozytariuszem tego, co powiem. A potem już całość spróbuję przepisać własną ręką, żeby był dowód, że to moje, że to ja pisałem". O piątej trzydzieści rano ksiądz poprosił, żeby brat Marian zadzwonił po Barbarę Wyszkowską, zaprzyjaźnioną bizneswoman. Wkrótce przyszła. Reporterce „Polityki" powiedziała rok po śmierci księdza: „Mówił: ≫Wiesz, umieram. Piszę teraz wiersz dla Jezusa, tylko strasznie się męczę«". Ksiądz dyktował swój ostatni wiersz do dziewiątej trzydzieści rano. Przepisał go na kartkę niewyraźnym, osuwającym się w dół pismem.
„Jezu, ufam Tobie. Zamiast śmierci / racz z uśmiechem / przyjąć Panie / pod Twe
stopy / życie moje / jak różaniec".
Brat Marian dopisał na kartce: „Warszawa 18.01.2006, wersja ostatnia 9.30".
I słowa księdza: „Tak, to mój najlepszy wiersz, bo w tym jest dowcip. Ten wiersz to taki Karpiński na łożu śmierci. Żebym tylko spokojnie umarł".
Brat Marian mówi, że ksiądz w trakcie dyktowania zmieniał wersje wiersza. W jednej brzmiał: „pod Twe stopy / życie moje / jak powstanie". Barbara Wyszkowska: „Pytał: ≫Czy ty widzisz ten mój dowcip? Poznajesz, że to mój wiersz?≪ Jakby się czegoś bał".

*

W środę 18 stycznia od rana padał śnieg. Był lekki mróz, ale synoptycy zapowiadali, że kilka dni później temperatura spadnie poniżej dwudziestu stopni. „Gazeta Wyborcza" donosiła, że przyłapano polskich studentów handlujących notatkami. Cena od 20 do 150 złotych. W Kielcach trwały obchody IX Dnia Judaizmu w Polsce. Liga Polskich Rodzin domagała się, żeby do średniej na świadectwie wliczano ocenę z religii. W Teatrze Ateneum w Warszawie wystawiano Pokojówki Jea na Geneta. Dolar według kursu NBP kosztował 3,15 złotego, euro – 3,80. W pokoju sto sześć oddziału kardiologii szpitala przy ulicy Banacha w Warszawie panował spokój. Ludzie dopiero się schodzili.
Aleksandra Iwanowska przyjechała w południe. Zajęła stanowisko przy łóżku księdza, z boku. Otworzyła notes, wyjęła długopis. Ksiądz prosił o picie, zanotowała godzinę i słowo „pić". Mówił, że chce jeść, wpisała słowo „jeść". Drugą ręką trzymała dłoń poety. W nogach łóżka siedział brat Marian. Ksiądz Twardowski miał ochotę na kotlet. Ktoś pobiegł szukać. Ksiądz Aleksander Seniuk, pomocnik księdza Jana u wizytek, potem jego następca, rozpoczął modlitwy przy sakramencie chorych. Ktoś wrócił z tym kotletem. Ksiądz Seniuk spytał: „Kotlet czy dalej się modlimy?". Jan Twardowski roześmiał się z żartu. Przyłożyli mu mięso do ust: „Ble". Zapytali: „To co, modlić się?". Przytaknął. Bliska znajoma: „Jakaś siła mnie pchnęła, poszłam do szpitala. Spotkałam na korytarzu księdza Seniuka. ≫Jak to dobrze, że pani przyszła, bo on umiera≪. Krótko po godzinie piętnastej, w godzinę miłosierdzia, rozpoczęła się msza święta, którą celebrował ksiądz Aleksander Seniuk. Ołtarzem było ciało Jana Twardowskiego. Poeta, ubrany w stułę, powtarzał słowa modlitwy. Przyjął komunię. To był jego wiatyk.
W pokoju zaczynało się robić duszno, ale nikt nie chciał wyjść. Doszło do utarczek. Krystyna Gucewicz pamięta, że wokół łóżka księdza stało w pewnym momencie już kilkanaście osób. Zapamiętała: Annę Hozakowską, Aleksandrę Iwanowską, brata Mariana, dwóch braci bonifratrów, jedną z krewnych księdza, Barbarę Stefańską, Barbarę Wyszkowską, księdza Aleksandra Seniuka i jakichś przypadkowych pacjentów, którzy zajrzeli do sali.
Ksiądz odchodził długo, ludzi zaczynały boleć nogi. W ruch poszły krzesła i ławeczki z korytarza. Widownia usiadła w kilku rzędach.
Krystyna Gucewicz widziała to tak: „Potworne misterium śmierci. Siedzieli i czekali na jego zgon, ciekawi, jak to będzie wyglądało. Nie mogłam na to patrzeć, wyszłam na korytarz".
Niedługo potem Aleksandra Iwanowska zapisała ostatnie słowa księdza. 18 stycznia 2006 roku, o godzinie 19.24 zmarł Jan Twardowski. Kardiolog odłączył aparaturę o 19.45.
Mówi osoba obecna przy śmierci poety: „Przez moment wszyscy w sali poczuliśmy się bliscy sobie. Niektórym przypomniały się słowa księdza, że śmierć to tylko przystanek, po którym trzeba iść dalej".
Następnego dnia wszystko wróciło do normy.